Archiwum dla: Listopad, 2012

Psy

przez , 24.lis.2012, w Zagrożenia

Nie, nie chodzi o ‚Gangnam style’.  Nie chodzi też o zwierzęta zaczepno-obronne (najpierw zaczepiają inne zwierzęta, a potem trzeba ich bronić). Chodzi o policję.  Odkąd pamiętam widziałam w tej instytucji nie pomoc, ale duże problemy dla przeciętnego obywatela. Począwszy od pewności, że glany noszą tylko ćpuny (podstawówka) i trzeba je wyłapać i wsadzić do poprawczaka, przez ignorowanie zgłoszenia o wtargnięciu na prywatną posesję (powód: brak wolnych patroli- w mieście wojewódzkim!) oraz kumoterstwo drogówki (współwinny wypadku ma szwagra w psiarni, więc nie dostaje mandatu), na pacyfikowaniu tłumu środkami nieadekwatnie do sytuacji brutalnymi kończąc (tak, chodzi o jedenastego- wysłałam tam własnych obserwatorów). Z powodu takich doświadczeń zawsze rozważałam policję w kategorii potencjalnego zagrożenia, nie sojusznika. I to się nigdy nie zmieni.

Chodzi tu o „instynkt stadny”. Założę się, że każdy z tych chłopaków i dziewczyn jest bardzo fajną osobą prywatnie. Ma dom, rodzinę, jakieś hobby. Lubi spotkać się ze znajomymi… Ale kiedy ubiera mundur, bierze pałkę i pistolet, staje w szeregu, to tę swoją prywatną fajność zostawia gdzieś poza. Wtedy staje się funkcjonariuszem. Obchodzą go rozkazy, procedury, ma zadanie, misję do wykonania. Każdy cywil stojący na drodze do wykonania planu jest uznany jako zagrożenie. Oddział to stado, oddział myśli jako jedność, nie zadaje sobie pytań o słuszność i właściwość swoich działań, dopóki otrzymuje rozkazy z góry. Wtedy nie ma szansy na wyperswadowanie oddziałowi popełnianych w danej chwili błędów. Wtedy oddział stanowi śmiertelne zagrożenie dla każdego samodzielnie myślącego cywila. Wtedy należy się wycofać, ukryć i ewentualnie podejść do pojedynczego funkcjonariusza. Z jednostki da się odzyskać tę sympatyczną, ludzką i myślącą prywatność. Z dwójki przeważnie też, choć już nie zawsze. Przed trójką lub więcej należy uciekać, możliwie dyskretnie.

Policjanci, których spotkałam osobiście, czy to na szkoleniach strzeleckich, czy na dyżurach na komisariatach, byli bardzo mili, rozumiejący, zainteresowani tematem, wręcz pałający chęcią pomocy ludziom i tworzenia lepszego świata.  Ale to jednostki, cholernie dobrze wyszkolone jednostki (mam gdzieś ludzi zapatrzonych w zachód i mieszających własny kraj z błotem- trenowałam z naszymi funkcjonariuszami i, serio, wiem, co potrafią), które w oddziale funkcjonariuszy stają się siłą o wdzięku i delikatności słonia nadeptującego filiżankę.

W tej sytuacji każda osoba chcąca być przygotowana na cokolwiek los przyniesie musi nauczyć się wtapiać w tło, w tłum, jednocześnie poruszając się w przeciwnym kierunku. Tak działa posiadanie planu. Masz przygotowany szlak, znaleziony i przetestowany dawno temu. Kilka zapasowych ścieżek… I pewność wypracowaną metodą prób i błędów, że masz wystarczająco wiedzy, umiejętności, wytrzymałości i siły, żeby te ścieżki przebyć w sytuacji podwyższonego ryzyka. Napotkanie oddziału do pacyfikacji zamieszek należy do czynników ryzyka.

Zostaw komentarz :, , , , więcej...

Witaj, świecie!

przez , 06.lis.2012, w Prepping/Przygotowania

Hmm… Cześć! Jestem… hm… powiedzmy, że jestem Anna. Założyłam ten któryś już z kolei blog pod wpływem serii dokumentalnej na National Geographic „Czekając na Apokalipsę” (oryginalnie: Doomsday Preppers). Jak zwykle będzie to blog tematyczny. Tym razem o sposobach przetrwania różnych kataklizmów i katastrof, o przygotowaniu się do nich. I to niekoniecznie przez zgromadzenie w tajnej spiżarni puszkowanej paszy, wystarczającej na 10 lat dla 10 dorosłych osób. Najważniejsze przygotowania prowadzi się zawsze we własnej głowie, a drugie w kolejności jest ciało. Dopiero potem sprzęt, dom, magazynowanie tzw. przydasiów.

Postanowiłam się odezwać, bo kręcę się koło tematu preppingu (na początku nie wiedziałam, że na to w ogóle jest nazwa) prawie 10 lat.  Mimo wszystko nadal nie uważam się za eksperta, ale coś tam już wiem, przetestowałam i mogę się podzielić doświadczeniami.

Z drugiej strony gadżet, jakim jest blog, traktowałam od zawsze jako formę elektronicznego notesu.  Nikt z Twoich znajomych Ci go nie ukradnie i nie wyciągnie tych wszystkich małych sekrecików, bo nawet jeśli trafią na Twój blog to i tak  nie będą wiedzieli,  że to Ty go piszesz. No, chyba, że podpiszesz się imieniem i nazwiskiem (tym prawdziwym, a pierwsza zasada używania internetu brzmi: nigdy nie podawaj swoich prawdziwych danych osobowych!- dzieci uczą się tego na informatyce w podstawówce, a czy pamiętają o tym to już osobny temat). W każdym razie nie rusza mnie ilość komentarzy. Jeśli ten szablon obsługuje coś takiego jak licznik odwiedzin, to postaram się go wyłączyć. Ze statsów wyrosłam bardzo dawno.

Chociaż jeśli korzystasz z mojej wiedzy gromadzonej tutaj, to wypadałoby przynajmniej podziękować. Uwierz mi, nie chcesz mieć we mnie wroga po apokalipsie. Przed z resztą też nie.

Zostaw komentarz :, , więcej...