Survival/Przetrwanie

24 tygodnie do gotowości. Tydzień 14.

przez , 27.gru.2013, w Survival/Przetrwanie

Okej, mamy drugi wpis cyklu 24tdg w kategorii Survival/Przetrwanie. Chodzi mi o przetrwanie w miarę bezboleśnie imprezy sylwestrowej.

ZADANIE wg Anki: Uniknąć urazów ciała (i umysłu) związanych z pirotechniką, alkoholem i innymi używkami oraz otaczającymi nas ludźmi.

A teraz rozwinięcie tematu. A raczej zlepek kilku kwestii, które chciałabym poruszyć przy okazji „szampańskiej zabawy”.

Po pierwsze, piro. Nienawidzę. Za młodu bawiłam się z dziećmi oficerów i przesiąkłam wojskowością. Przynajmniej taką mam teorię. Ale nie o tym chcę pisać. :) Po prostu wychodzę z dość abstrakcyjnego założenia, że huk (petardy czy granatu) zdradza wrogowi Twoją pozycję. Poza tym granaty służą do robienia krzywdy. Petardy niby służą rozrywce, ale ich mechanizm działania jest oparty na robieniu krzywdy- eksplozji. Może nie potnie Cię odłamkami, powodując śmiercionośne krwotoki, ale z całą pewnością może Cię poparzyć, urwać palce i uszkodzić oczy. Dlatego proponuję przyjąć, że każda odpalona petarda znajdująca się w promieniu 2m od Ciebie stanowi zagrożenie. Pamiętajcie o tym, puszczając pieniądze z dymem. I może jeszcze o tym, że polskie zwierzęta domowe nie są przyzwyczajone do huku eksplozji. To nie Afganistan.

Alkohol i inne. Nie przesadzać! :) Bo to prowadzi do sytuacji stresowych, z których można nie wyjść obronną ręką. Nawiązuję tutaj do wpisu o przyciągającym uwagę tytule „Alkohol wrogiem survivalisty”. Alko w nadmiarze szkodzi, zgadzamy się, jak wszystko inne. Z drugiej strony może być dochodowym biznesem po apokalipsie. :) Ale nie o tym chciałam. Chodzi mi konkretnie o cz. 3. Alkohol przytępia zmysły, fragment: „Kilka bliskich mi osób zostało po pijaku okradzionych, napadniętych lub pobitych. Oprócz samych strat materialnych, które się z takimi zdarzeniami wiążą, oraz ewentualnymi uszkodzeniami ciała, nie sposób nie wspomnieć o urazach psychicznych. Dotyczy to zwłaszcza mężczyzn, dla których fakt bycia napadniętym jest bardzo przykry bo zaprzecza ich męskości.” Uśmiechnęłam się na „zwłaszcza mężczyzn”, bo skojarzyło mi się (przez zaprzeczenie, a nie analogię) z punktem widzenia na nieprepperskim blogu we wpisie „Krav Maga Badass”. Istotna jest część w autobusie. „Obrzydzenie jakie potem czuje do siebie taka kobieta, ten poniżający strach i poczucie absolutnej bezsilności – mieszanka, którą facet zlekceważy bardziej niż pryszcz na policzku („Przecież nic ci nie zrobił, o co ci chodzi?”). „ :)

Jaki wniosek z tych dwóch wpisów? Napaść zostawia spustoszenie w psychice ofiary niezależnie od płci. Nie ma „zwłaszcza” i „szczególnie”. Za to spotkałam się z określeniem „ofiara to stan umysłu”- chodzi o to, że napastnik najpierw bada ofiarę, czy się boi, czy jest pewna siebie, czy jest czujna. Jeśli cel okazuje się „elektryczny”- czujny, zwarty i gotowy do kontrataku lub innej akcji… napastnik odpuszcza i szuka sobie łatwiejszego celu. Serio, kryminalistyka to potwierdza. Zalinkowałabym do artykułu na potwierdzenie, ale nie mogę go po latach znaleźć- nie pamiętam nawet, na którym serwisie wisiał.

Więc uważajcie na siebie imprezując! Wszyscy!

Do następnego już w nowym roku! :)

Zostaw komentarz :, , , więcej...

24 tygodnie do gotowości. Tydzień 9B. Zadanie

przez , 25.lis.2013, w Survival/Przetrwanie

Na stronie Domowego Survivalu nie ma zadania na ten tydzień. Dlatego prezentujemy ZADANIE wg Anki: Obsługa narzędzi miejskiego survivalu. 

Brzmi enigmatycznie, jak zawsze. :) Chodzi o to, że najwyższy czas nauczyć się obsługi wiaderka z T4A oraz wybielacza z T7A. W dziczy bez większego problemu można znaleźć wodę płynącą, którą można bezpiecznie wypić po przegotowaniu, albo zakopać pod krzaczkiem biologiczne depozyty. A w chodniku wykopać dołek pod kupę raczej ciężko. Dlatego potrzebna jest umiejętność ogarniania awaryjnego WC-tu oraz unieszkodliwiania żyjątek, zabarwiających wodę w kałuży na zielono. Od razu się przyznaję, że nie jestem ekspertem miejskiego survivalu, ale podpierając się książką Cody’ego Lundina „Gdy rozpęta się piekło”, spróbuję w miarę jasno i klarownie wyjaśnić działanie podstawowych narzędzi. :) Okej, zacznijmy od wyznaczenia faktów: człowiek codziennie produkuje 1,5l jedynki i 0,5kg dwójki, jak mawiają dżentelmeni. I są to produkty o charakterze zagrożenia biologicznego. Serio, patogeny stamtąd potrafią pokonać kilometr gruntu i zanieczyścić strumienie, jeziora i wody gruntowe. Budowa latryny w lesie nie jest wcale tak oczywista, jakby się wydawało. Ale nie o tym dzisiaj. Koniec tego przydługiego wstępu. Teraz konkrety.

1. AWARYJNA TOALETA w sytuacji, gdy wodociągi i/lub kanalizacja nie działa, np. z powodu usterki u sąsiada piętro niżej albo prawdziwej zimy stulecia, podczas której poziom przemarzania gruntu spadł poniżej poziomu rur kanalizacyjnych i nasze depozyty zamarzając rozsadziły instalację. Albo ktoś źle zmierzył i dokopał się koparką do tychże rur. W każdym razie WC nie funkcjonuje (razem z prysznicem, ale o tym kiedy indziej). Mamy dwa wyjścia:

A. Wziąć te solidne worki foliowe kupione w T4A i przykleić jeden duct-tape’em z T2A (taka szara/srebrna bardzo solidna taśma klejąca) do wnętrza niefunkcjonującej miski klozetowej. Może być konieczne wybranie z niej wody przed przymocowaniem worka. Do takiego worka składamy depozyty jak gdyby nigdy nic, aż zapełnimy go w max. 2/3 objętości. Wtedy trzeba sypnąć na zawartość trochę jakiegoś dezynfekującego proszku, jak wapno palone/niegaszone (CaO) albo popiół drzewny, szczelnie zawiązać i wynieść w niezawadzające nikomu miejsce, np. wcześniej przygotowany rów na biohazard, jakiś większy, solidny pojemnik ze szczelną pokrywą albo podstawiony przez służby oczyszczania miasta kontener… zależy od sytuacji.

B. Jeśli WC jest z jakichś powodów niedostępne, trzeba go zaimprowizować. Wziąć te solidne worki foliowe z T4A i wyłożyć jednym wiadro kupione w tym samym tygodniu. Dla zwiększenia wygody można położyć na krawędziach wiadra deseczki/cokolwiek innego zastępujące deskę sedesową. Procedura jak wyżej. :) Lundin poleca wiadra o pojemności 15l ze względu na swoją uniwersalność- są jednocześnie pakowne i dość lekkie razem z ładunkiem, żeby nie męczyć się przy przenoszeniu. A ja kupiłam wiaderko docelowo na proszek do prania o pojemności śmiesznych 6l. Dla jednej osoby to wystarczy, łatwiej jest mi je trzymać w kawalerce, poza tym ma dobrze dopasowaną pokrywkę zamykaną na zatrzask i jest na pewno przystosowane do ciężkich ładunków.

2. AWARYJNE UZDATNIANIE WODY. Temat rzeka. O metodach zielonego survivalu będzie kiedy indziej. Teraz zajmujemy się przeżyciem w mieście. Znowu mamy dwie możliwości, kupione w T7A:

A. Jodyna- roztwór wodny 2%, 5%, 7%, 10%, tabletki i kryształy. Służy m. in. do dezynfekcji ran. Albo wody. Na tabletkach jest instrukcja obsługi. Na butelce roztworu niekoniecznie. Dla 2% przyjmuje się 5-10 kropli na 1 L wody, dla 10% 8-16 kropli na 1 L. W temperaturze pokojowej woda jest zdatna już po 20 minutach, w niskich temperaturach należy odczekać więcej, nawet do 3 godzin. Tak sapo ma się spawa z zanieczyszczeniami mechanicznymi- spowalniają działanie. Zaleca się krótkotrwałe stosowanie, do 30 dni. Niezalecane dla ludzi z nadczynnością tarczycy (w Polsce raczej cierpimy na niedoczynność, stąd sanatoria nad morzem- żeby wdychać jod!), uczuleniem na jod i kobiet w ciąży.

B. Chlor- w postaci wybielacza z podcholrynem sodu (NaOCl) 5,25% i 6%. Jest powszechnie używany do dezynfekcji wody. Kranówka zawiera 0,2-0,5 cząsteczki chloru na milion, woda w basenie sportowym 1,5-3,0, a w basenie SPA 3,0-5,0. Połykamy pewne ilości chloru codziennie, więc nie ma co się bać tego pierwiastka. Użycie wybielacza: dozować 2-4 krople na 1L wody, wstrząsnąć, pozostawić na 30 minut, po czym przecedzić wodę przez materiał i sprawdzić zapach. Jeśli nie czuć charakterystycznej woni, powtórzyć procedurę z mniejszą dawką 1-2 krople na 1 litr. Wrażliwy na temperaturę i zanieczyszczenia mechaniczne- analogicznie jak jod.

DOZOWANIE KROPEL. Jeśli mamy jakąś pipetę albo zakraplacz (buteleczki jodyny często mają wbudowaną w korek), to nie ma problemu z kroplami. Ale jeśli nie mamy, to możemy łatwo zaimprowizować. Potrzebujemy łyżki stołowej i kawałka papieru, którego jeden koniec powinien wystawać poza część czerpną łyżki. :) Płyn wsiąknie w papier i kiedy przechylimy- delikatnie!- łyżkę, zacznie kapać ładnymi, pełnymi kroplami, które łatwo policzyć.

Pomijam tutaj gotowanie, pasteryzację i destylację wody, filtry wody kupione w sklepie i samoróbki, kwestia metody SODIS i hodowli alg wewnątrz przezroczystych pojemników na wodę. To są tematy na przynajmniej 3 osobne wpisy typu „ściana tekstu”. Z linkami i fotografiami, jak czas i chęci się znajdą. To samo tyczy się wykopów prowadzonych dla pozostawienia depozytów biologicznych. Nie dość, że ludzie wprowadzili wiele wariantów wykopu, to jeszcze musimy wziąć pod uwagę kwestię komfortu psychicznego i fizycznego przy składaniu depozytu, ergonomii kucania metodą „na Małysza” oraz higieny nie tylko rąk, ale jeszcze wód podziemnych. Nie chcemy się przecież pochorować z powodu własnych szczepów bakterii, które powędrowały z naszego wykopu do naszego ujęcia wody! A jeśli swojej drugiej połówki nie poznaliśmy w górach, na wypadzie survivalowym albo chociażby na kempingu… to w ogóle cyrk. :) Cykl „Depozyty” oraz „Prot, deuter i tryt”* są w przygotowaniu, wpisy z tej tematyki zaczną się ukazywać po zakończeniu cyklu 24tdg, czyli pewnie koło kwietnia.

To do następnego! :)

*tytuły robocze xD

4 komentarze :, , , , , , , , , , , więcej...

Instynkt

przez , 18.sty.2013, w Survival/Przetrwanie

Nie chodzi mi tu o tzw. damski instynkt dotyczący uczuć i nastrojów drugiej strony. Chodzi mi o coś nieuchwytnego, pewien talent do przeczuwania, który posiada każdy człowiek. Można go rozwijać w różnych kierunkach albo całkiem zagłuszyć cywilizacją informacyjną. Spora część kobiet przez pokolenia faktycznie szła w stronę wyczuwania nastrojów, więc tak się utarło. Ale jest przecież coś takiego jak instynkt przetrwania oraz instynkt stadny przejmujący kontrolę nad człowiekiem w sytuacjach krytycznych.

Natomiast o czym chciałam napisać, to występujący u bardzo małej grupy ludzi instynkt nawigacyjny. Rozwinął się np. u mnie mimo, że jestem kobietą. Chociaż uważam, że płeć nie ma nic do rzeczy- znałam gościa, rodowitego Warszawiaka, który gubił się w metrze! Nigdy nie trafiał do właściwego wyjścia na powierzchnię i zawsze musieliśmy biegać dookoła stacji.

Ale odbiegam od tematu. Instynkt nawigacyjny pozwala użytkownikowi znajdywać miejsca, w których nigdy jeszcze nie był, na wyczucie- nosem. Ciężko to wytłumaczyć słowami, bo to się czuje tak podskórnie. Piszę o tym teraz, bo niedawno miał miejsce sztandarowy przykład działania i.n. Mój facet postanowił przetestować nawigację swojego smartfona w terenie. Wiedzieliśmy już, że w terenie zabudowanym radzi sobie bardzo dobrze, nawet pod metalowym dachem samochodu (chyba powinnam napisać czołgu). Miał maksymalny rozrzut 3m. Było oczywiste, że w dziczy poradzi sobie gorzej (ręczne, drogie GPSy też tak mają), ale o ile?

Książę poszukał sobie na mapie ładnego lasu, wybrał jakiś bezdyskusyjny punkt docelowy (tym razem był to kirkut), pojechaliśmy do lasu wg jego wskazówek, zaparkowaliśmy przy leśniczówce. Nie widziałam mapy na oczy. Nawet na kompas nie popatrzyłam. Poszliśmy wg odczytu z telefonu mniej więcej w jednym kierunku przez 30-45minut. Potem zaczęliśmy kręcić się w kółko, bo smartfon pokazywał „to gdzieś tu”. Dookoła rozciągał się las podobny jak 500m dalej. Facet, jak łatwo można przewidzieć, zdenerwował się na głupie urządzenie i już chciał wracać obrażony na cały świat. Ale nie po to jechałam kawał drogi do ładnego lasu, żeby grzecznie podążać za męskimi fochami. Przyjechaliśmy znaleźć kirkut i swoim zwyczajem uparłam się wykonać zadanie. Bez podglądania mapy, kompasu czy innej nawigacji wybrałam kierunek. Ruszyliśmy. Znając swoją tendencję do odbijania w prawo o jakiś 1 stopień kątowy względem obranego azymutu, po 15om odbiłam w lewo. Po kolejnych 150m trafiliśmy na kirkut. Zrobiłam kilka malowniczych zimowych fotografii. I poszliśmy do samochodu.

Jak wytłumaczyć, że w całkowicie obcym mi terenie (o dziwo tego lasu jeszcze nigdy nie zwiedziłam) trafiłam do nieznanego mi punktu tak na nosa? Szczęście? A jakoś w totka nigdy nie wygrałam, kiedy jeszcze grałam. Gdybym była takim dzieckiem szczęścia, byłabym już milionerką.

W jakiś niezbyt wyjaśnialny sposób czułam, w którą stronę trzeba iść. Czułam cel. To jest właśnie instynkt nawigacyjny, szkolony od małego.

1 komentarz :, , , , , , więcej...